Tekst poniżej powstał na okoliczność rekrutacji do redakcji jednego z portali. Zadowolony jednak jestem z niego na tyle, że chciałbym się podzielić nim z szerszym gronem. Więc...enjoy:)
Co jeśli
postawie tezę, że muzykę można widzieć? Czy zostanę uznany za szaleńca? Czy
raczej ustawiony w gronie domorosłych artystów zza płaskich monitorów, którzy
wyrażają się zdjęciem jajecznicy umieszczonym na instagramie?
Kiedy mówię o
wizualnych możliwościach muzyki nie myślę o nutach, pięcioliniach,
instrumentach. Nie opowiadam o teledyskach, które skądinąd potrafią być małym
dziełem sztuki (no bo chyba każdy już choć raz spotkał się z produkcją Woodkida
i długo zbierał potem swoje poodrywane tylne części). Nie skupiam się też na
koncertach, choć z duma przyznaję, że jestem ich oddanym, wręcz histerycznym
fanem. To wszystko jest bardzo piękne, jednak proste i zbyt banalne. Jak klucz
do zadań maturalnych. Mamy podaną prostą receptę jak należy rozumieć i czuć…
Nigdy nie trafiałem w klucze, zawsze decydowałem się na kosztowną swobodę,
jedyne zaś czego żałuję to fakt, że nie jestem utalentowany plastycznie. Głowa
pęka od ilości obrazów kłębiących się pod czaszką tylko dlatego, że kilka
zręcznie pozlepianych nut wryło się tam i za nic nie chciało mnie opuścić.
Szósta rano,
za mało ilość snu i zbyt duża ilość światła powoduje brak oczu i poruszanie się
po omacku. Jakoś trafiam do tramwaju, wciskam się w najdalszy kąt wagonu i
bezwiednie przerzucam kawałki w odtwarzaczu, tak naprawdę nie wiedząc, czego
szukam…aż do pierwszych dźwięków piosenki dobrze znanej z reklam pewnego
zakochanego w studenckich juwenaliach browaru. Dźwięki słyszane już setki razy,
zawsze bagatelizowane, dziś nabierają nowego znaczenia. Widzę długą drogę,
niczym kościelną nawa, wypełnioną charakterystycznym światłem. Przesuwam się po
niej czując, jak stukot tramwajowych kół równa się z rytmem stworzonym przez
M83. Obok mnie przesuwają się moje ulubione Warszawskie miejscówki. Bulwary
wiślane, Most Świętokrzyski, Barbakan, plaża przy Parku Praskim, Jezioro
Powsinkowskie… Wszystko spowite ciepłymi promieniami wschodzącego słońca i
delikatnymi podmuchami wiatru śpiewającymi jak mantrę „The city is my chuch”.
Cztery minuty z tym kawałkiem i z zamroczonego korpozombie znów wydostaje się
zakochany w swoim mieście chłopak radośnie przedzierający się przez tłum…
Zapewne wielu
stwierdzi, że takie opisywanie muzyki balansuje na granicy przesadnego
‘uduchawiania’ i kiczu. Bądź dosadniej leży gdzieś pomiędzy patosem tekstów 30
seconds to Mars a porażającą głębią przefiltrowanego na niebiesko zdjęcia
usmażonych parówek. Prawdopodobnie mają rację. Świadomie postawiłem na taki
wydźwięk, gdyż dziś największe szansę na uwagę mają obrazy kontrowersyjne bądź
śmieszne. Liczę, ze wśród wielu ludzi nie-znam-się-to-się-wypowiem znajdą się
też tacy, którzy pochylą się nad tym i pomyślą „tak, ten chłopak ma cos do
powiedzenia”. Tymczasem ja dalej będę widzieć dźwięki, a obrazy przez nie wywoływane
malować niezgrabnymi słowami na białych kartkach…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz