czwartek, 12 września 2013

L'experience #6: Burn Selector Festival 2013 - part 2


Tak jak obiecałem, dzisiaj przed Wami druga część relacji z BSF 2013. 



W końcu nadeszła pora na gwiazdę wieczoru, a nawet najważniejszą gwiazdę festiwalu – The Knife. A raczej The Knife – Shaking The Habitual Show, bo tak byli przedstawiani. Szwedzkie rodzeństwo przyjechało do nas(ale czy na pewno?) promować swoje ostatnie wydawnictwo, wydane po siedmiu latach przerwy. Szczerze mówiąc ani ich ogłoszenie ani sam krążek nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Fanem nie jestem, przez płytę nie przebrnąłem. Należę do tych ludzi, którzy duet poznali dzięki reklamie telewizorów. Ich wizyta wzbudziła we mnie zainteresowanie głównie z powodu legend o ich umiłowaniu prywatności oraz wywrotowym podejściu do koncertów. Hmm… jakby to najdelikatniej ująć. To co prezentują to NIE jest koncert. Nie wiem co to było tak naprawdę. Mijają cztery dni, a ja nadal nie potrafią sobie odpowiedzieć na pytanie, co tam się tak naprawdę wydarzyło. Na scenie pojawił się zespół tancerzy, który na początku udawał zespół. Wtedy jeszcze wierzyłem, ze to będzie koncert muzyki na żywo a Karin i Olof pojawili się osobiście i pozwolili nam zobaczyć chociaż swoje sylwetki. Moje myślenie okazało się błędne. To byli tylko tancerze. Tylko i aż, bo muszę przyznać, ze odwalili naprawdę kawał dobrej roboty. Podziwiam również kondycję. Nie na to się jednak pisałem. Wybierając się na koncert oczekuję muzyki granej bądź miksowanej na żywo i takiegoż wokalu. Tutaj dostaliśmy muzykę z playbacku, świetnych tancerzy oraz nadzieję, że ciemna postać, która na chwilę pojawiła się w tle, bodaj podczas ostatniego singlowego „A tooth for an eye”, to właśnie Karin Derijner Andersson. Nigdy jednak nie będziemy mieli pewności. The Knife zapewniają, że podczas każdego z Shaking The Habitual Show są obecni na scenie… Pozostaje nam wierzyć im na słowo. Największy plus, oprócz tancerzy, za brodatego stwora w różowym szlafroku i złotych legginsach, który rozgrzewał nas przed koncertem. Szalony, pozytywny i naprawdę rozruszał publiczność!



Drugi dzień rozpoczęliśmy od wizyty na Magenta Stage i koncertu Capital Cities. Ujmując wrażenia w jednym słowie – bomba! Muzyka amerykanów nie jest może mocno ambitna ani odkrywająca nieznane rejony. Jest za to szalenie przyjemna, łatwa i porywająca, nie sposób było ustać w miejscu. Zwłaszcza podczas „Center stage”, do którego układu tanecznego nauczyli nas sami panowie, przestawiając go jako capital swing. Bardzo dobrym zabiegiem było też zagranie dwóch coverów, kultowego „Stayin’ alive” Bee Gees i „Holiday” Madonny. Największy szał wybuchł oczywiście przy pierwszych dźwiękach „Safe and sound” . Muzycy nie poprzestali jednak na jednorazowym zagraniu kawałka. Na koniec koncertu otrzymaliśmy jeszcze dwa remixy, podczas których zarówno pod sceną jak i na niej odbywała się ogromna impreza i miarowe skakanie. Panowie przyłączyli się do nas w zabawie, razem z nami kręcili kurtkami nad głową. Niestety, żadnej do nas nie rzucili, a gotów byłbym nią walczyć. Najjaśniej świecą gwiazdą koncertu był Gość Z Trąbką. Nie dość, że grał na niej wprost fantastycznie i zaskakiwał solówką w każdym kawałku, to był również jednoosobowym baletem. Zdecydowanie czuł tę muzykę.


Dwugodzinna przerwa na foodstage i biegniemy na Cyan Stage, gdyż za dziesięć minut pojawi się na niej kolejna ważna dla nas gwiazda, Jessie Ware. Nie wierząc we własne szczęście ustawiliśmy się przy barierkach, tuż za osobami z fanklubu, które wręczyły piosenkarce kwiaty i prezent. Sam koncert to naprawdę przyjemnie spędzone sześćdziesiąt minut. Bez przesadnych fajerwerków – wystarczył fantastyczny głos angielki oraz poprawna praca jej zespołu. Jessie na żywo okazuje się niesamowicie ciepłą i uśmiechniętą osobą, zdecydowanie odwzajemniającą gorące uczucia, jakimi obdarza ją publiczność. Muzyka łącząca w sobie kilka różnych gatunków przy bezpośrednim obcowaniu jeszcze bardziej chwyta za serce. Tak jak wokal, który jest nietuzinkowy i okazuje się w 100% naturalny, bez żadnych masteringowych efektów. W całości brakowało jedynie prawdziwego „żywego” chórku, zamiast tego otrzymaliśmy gotowe dźwięki uruchamiane z pada. Czekam na powrót po nowej płycie, oby z poszerzonym składem.


Krótka wizyta na Magenta Stage, gdzie tuż przed główną gwiazdą drugiego dnia grał duński When Saints Go Machine. Pomimo pewnych problemów technicznych chłopaki zagrali interesujący koncert. Oprócz chwytliwych melodii najbardziej w pamięć wryło mi się oryginalne brzmienie wokalisty. Wydaje mi się, że jeszcze trochę pracy oraz czasu i powtórzą sukces swoich rodaków z New Politics.



O północy większą scenę przejmowała, obiektywnie, największa gwiazda festiwalu – M.I.A. Cieszyłem się na to jak dziecko, licząc na świetną imprezę. Niestety już od początku pojawiały się problemy. Koncert zaczął się z dziesięciominutowym opóźnieniem, oczywiście najpierw usłyszeliśmy tradycyjny wstęp wypełniony hinduskimi mantrami. Zaraz potem na scenę wkroczył tajfun M.I.A., która swoją energią mogłaby obdzielić wszystkich zebranych pod niebieskim namiotem. Już pod koniec pierwszego kawałka dowiedzieliśmy się skąd opóźnienie – problem z mikrofonem, który niestety towarzyszył już do końca. Raperka i jej zespół (jeśli tak można nazwać chórzystkę, tancerzy i dziewczynę od bębnów) cały czas dawali z siebie wszystko. Najwięcej szczęścia miały osoby stojące tuz pod bramkami, gdzie gwiazda spędziła przynajmniej 1/3 koncertu. Niestety, problemy z mikrofonem i fatalnie ustawione basy nie pozwoliły nam się cieszyć wokalem. Sama Maya wielokrotnie dawała znać, że nie słyszy ani siebie ani muzyki, niestety nikt na to nie zareagował. Szczyt braku profesjonalizmu obsługi technicznej został osiągnięty tuż przed „Paper planes”, kiedy zdesperowana wokalistka zwróciła się wprost do dźwiękowca, prosząc o ściszenie muzyki, pogłośnienie wokalu, mówiła, że się nie słyszy i pytała, czy rzucając mikrofonem zepsuła go. W zamian dostała drugi, jeszcze gorszy mikrofon i została zagłuszona przez pierwsze dźwięki kawałka. Kolejny raz próbowała coś do nas powiedzieć przed finałowym „Bad girls”, wówczas również została zagłuszona i chociaż na jej twarzy widać było mieszaninę zawodu i wściekłości rapowała do końca znów stojąc na barierkach. Niestety końcówka koncertu brzmiała już wedle zasady „muzyka sobie, wokal sobie”. Chyba najbardziej mi w tym wszystkim szkoda samej M.I.A., która pomimo przeciwności i problemów dawała z siebie wszystko i ani na chwile nie spuszczała z tonu chociaż widać było, że jest co najmniej mocno niezadowolona z rozwoju wypadków. Fantastycznie wyglądała również scena wypełniona mieniącymi się na różne kolory „hinduskimi wycinankami” oraz górującym nad całością tytułem nowej płyty – „Matangi”. Razem przypominało to trochę dekoracje z „Mylo Xyloto Tour” Coldplay’a. Po koncercie radość mieszała się ze złością. Mam nadzieję, że M.I.A. jeszcze do nas wróci i już bez kłopotów powtórzymy tę naprawdę najlepszą możliwą imprezę na zakończenie sezonu festiwalowego. Jednocześnie mam też nadzieję, że spełniło się to, o czym żartowaliśmy w drodze powrotnej i gwiazda zaaplikowała dźwiękowcowi mikrofon tam…gdzie zwykle się go nie aplikuje.



Podsumowując, sądzę, że Alter Art powinien być zadowolony z pierwszej edycji Selectora po przeprowadzce do Warszawy. Tak samo festiwalowicze, nawet przeciwni wprowadzonym zmianom. Pomimo nowej formuły, organizatorzy zadbali, żeby zaproszona alternatywa również cechowała się dużym wpływem elektroniki. Chociaż dziwi trochę fakt wykorzystania telebimów jedynie podczas występu The Knife, a w  czasie pozostałych koncertów wyświetlanie na nich jedynie logo, decyzja trudna do zrozumienia i pewnie irytujące dla dalszych rzędów, które raczej nie miały szans zobaczyć np. M.I.A. stojącej na barierkach. Brakowało również zorganizowanego transportu. Zmieszczenie całego festiwalu do kilku nocnych jeżdżących co pół godziny było niemożliwe. Najdotkliwiej odczuli to ci, którzy musieli czekać na kolejny pojazd, a noce przecież nie są już takie ciepłe. Mimo tych kilku niedociągnięć, Burn Selector Festival z przytupem zamknął sezon 2013. Jeśli line-up dopisze, za rok wakacje kończymy znowu na Służewcu!


Zdjęcia: Rożynek

1 komentarz:

  1. Capital Cities wieeelki plus! Za to Jessie Ware.. dziwiłam się przed festiwalem po co ją zaprosili i po Selectorze mam to samo odczucie. Wg mnie nie pasowała do klimatu, równie dobrze mogłaby zabawiać publiczność na festiwalu w Sopocie. Moją gwiazdą jest MIA, stałam pod barierkami i prawie czułam jej oddech na sobie, było PRZEkozacko. Ale zdaję sobie sprawę, że ludzie z tyłu mogli być rozczarowani :P

    OdpowiedzUsuń