środa, 11 września 2013

L'experience #6: Burn Selector Festival 2013 - part 1


          Na ten tekst miałem zupełnie inny pomysł, jednak po ostatnim weekendzie zmieniłem cały plan oraz postanowiłem wyrwać się po sztywne ramy chronologii. Wrażenia z tegorocznego Coke Live Music Festival (tak, lubię używać pełnych nazw, brzmią bardziej epicko ^^ ) ukażą się maksymalnie w ciągu tygodnia, a ich opóźnienie spowodowane jest jakże niespodziewanym nadejściem kampanii wrześniowej. Chociaż nawet ona nie potrafiła powstrzymać mnie przed spełnieniem jednego z moich festiwalowych marzeń – w miniony weekend zawitaliśmy w gościnne i odnowione progi Burn Selector Festival.



Czytając dotychczasowe relacje z Służewca, stwierdzam, że dziennikarstwo muzyczne chyba staje się trochę tendencyjne, albo osoby je piszące nawet na tę imprezę nie zajrzały, a wszystkie swoje wrażenia żywcem „przepisały” z oficjalnej strony eventu. Dlatego dużo znajdziemy tam o zaangażowaniu, nieszablonowości, super imprezach, nastrojowości… W swoim tekście spróbuję się od tego oderwać i opisać minione dwa wieczory z punktu widzenia ich uczestnika, nie recenzenta.
Mimo wszystko nie można na wstępie pominąć rysu historycznego, gdyż dla wielu miał ogromny wpływ na odbiór imprezy, czasem nawet to od niego zależała decyzja o pojawieniu się na tegorocznej edycji. Selector powstał jako najmłodsze i najmniejsze dziecko Alter Artu w 2009 roku. Od początku był profilowany na festiwal muzyki elektronicznej z aspiracjami na najważniejszą i największą tego typu imprezę w Polsce. Czy udało się tę pozycję osiągnąć? Nie mnie to oceniać. Muzyka elektroniczna stosunkowo niedawno zagościła w moich głośnikach, a jedyną gwiazdą w dotychczasowej historii, która mogłaby mnie interesować, byli La Roux (bo Metronomy poznałem już po feście). W kalendarzu letnich festiwali Selector zadomowił się w pierwszym weekendzie czerwca, czyli idealnie w czasie studenckiej sesji, niebieskie namioty, pod którymi odbywały się koncerty rozstawiano natomiast na krakowskich błoniach. Wszystko tak sobie pięknie funkcjonowało przez cztery edycje, aż w 2012 roku gruchnęła wiadomość, że krakowscy radni zmniejszyli budżet miasta na dofinansowania przedsięwzięć kulturalnych. Oczywistym było, że to właśnie Alter Art będzie musiał wyprowadzić się z gościnnych stron stolicy Małopolski, w końcu miał tam dwie duże imprezy. Logicznym również było, przynajmniej dla mnie, że chwilowa bezdomność czeka właśnie Selector. Na jesieni ta informacja została potwierdzona. Od wiosny 2013 otrzymywaliśmy kolejne informacje na temat piątej odsłony nazywanej nowym otwarciem. Nowe miejsce – Tor Wyścigów Konnych Służewiec (nie, Służew to NIE to samo co Służewiec) w Warszawie, nowy termin – pierwszy weekend września, nowa formuła – do elektroniki dołączyła alternatywa. Dla mnie bomba! Zawsze chciałem sprawdzić, jak wygląda ten event „od środka”. Wszystkie nowości razem z ogłoszonym line-upem tworzyły zestaw, dzięki któremu w końcu mogłem to zrobić!

Pierwsze wrażenie? Jakie to malutkie! Niby trudno porównywać z Open’erem, Coke Live, czy Impactem, mimo to, ciężko było na początku pozbyć się tego klaustrofobicznego poczucia. Później uderzyła mnie niska frekwencja (na szczęście to tylko w pierwszych godzinach). Podsumowując kwestie lokalizacji i wystroju – organizatorzy naprawdę świetnie i z pomysłem zagospodarowali dostępny teren. Martwi mnie jedynie brak możliwości rozwoju i powrotu sceny głównej do poprzednich rozmiarów.

Pierwszy na naszej liście „do zobaczenia” był polski xxanaxx. Niestety z powodu problemów logistycznych nie zdążyliśmy na ich koncert. Żyjemy nadzieją, ze już niedługo (byle nie w listopadzie!) powrócą do Warszawy na klubowy występ. Zadowoliliśmy się w tym czasie burgerami od Bobby’ego ( świetne!) i Heinekenem (kupionym bez kolejki!). Niestety za bardzo oddaliśmy się kulinarnym rozkoszom, przez co spóźniliśmy się na kolejny koncert na Magenta Stage – UL/KR. Jakoś bym to przeżył, gdyby nie to, że absolutnie moja ulubiona piosenka „Anonim” i druga w kolejności „Po tak cienkim lodzie” zostały zagrane na początku. Dalsza część występu gorzowskiego duetu w części zrekompensowała nam tę stratę. Na początku poczułem lekkie znużenie, zapewne spowodowane przejedzeniem i spokojnymi dźwiękami płynącymi z głośników. Później jednak otrząsnąłem się z letargu i w pełni zatraciłem się w klimacie jaki zapanował pod mniejszym namiotem. Zespół zaprezentował światowej klasy elektronikę, którą z powodzeniem mogą zacząć rozpowszechniać poza granicami naszego kraju. Zdecydowanie nie będzie przeszkadzał w tym fakt, że utwory wykonywane są w języku polskim. Wokal fantastycznie oddaje emocje , pozwalając je poczuć każdemu słuchaczowi. Wydaje mi się, że w zdominowanym przez angielskie teksty świecie ambitnej elektroniki nasz ojczysty język będzie dodatkową wartością, czy wręcz egzotyką, dzięki której UL/KR będą dodatkowo zapamiętywalni. Zdecydowanie tego chłopakom życzę i czekam na powrót do Warszawy, chcę „Anonim” na żywo!


Później już na stałe przenieśliśmy się pod dach Cyan Stage (tutejszy main). Na mniejszej scenie zostali już sami DJe ze stajni Ed Banger Records świętujący dziesięciolecie swojej wytwórni, z czego świadomie zrezygnowaliśmy na rzecz przerw na kolejne piwa bez kolejki. Jako pierwsi na scenę weszli Archive. Dla mnie i Garina była to już trzecia okazja to usłyszenia tego, wyjątkowo w Polsce popularnego zespołu, na żywo. Po raz pierwszy spotkaliśmy się w 2009 roku podczas trasy promującej świetny album „Controlling Crowds”. Następnie, na wiosnę 2010 zaprezentowali się nam w towarzystwie orkiestry symfonicznej. Po tych dwóch, różnie ocenionych eventach można powiedzieć, że był remis, jeden koncert dobry, jeden zły, występ na Selectorze miał być tym decydującym. Ale nie był. Nie można chłopakom zarzucić niedociągnięć, zagrali naprawdę poprawny set, oparty głównie na dwóch ostatnich płytach. Wcześniej wspomnianej oraz zeszłorocznej „With us until you’re dead” oczywiście z dodatkiem takich obowiązkowych hitów jak „Again”. Set zagrany poprawnie, ułożony jednak dość niefortunnie. Miedzy dwoma ostatnimi albumami zespół dokonał zmian w swojej stylistyce co niestety mocno odbija się na harmonii ich występu. Kawałki gryzły się ze sobą, nie współgrały, przez co słuchacz momentami mógł być nieco skołowany, zwłaszcza przy przejściach pomiędzy nimi. Dodatkowo dosłownie zabolały mnie zmiany aranżacyjne w starszych utworach. Te z „Controlling Crowds” zostały utemperowane, straciły część swojej mocy i pazura, „Again” natomiast, choć nowy wokal naprawdę się starał, zostało pozbawione swojego wyjątkowego klimatu i stopniowania napięcia. Na kolejne piwo udałem się zmieszany i nie do końca zadowolony.

Powrót na Cyan i na scenie pojawia się James Blake. Chociaż elektronika nie jest mu obca, to jego obecność kojarzymy raczej z nowym, alternatywnym obliczem Selectora. Kiedy dwa lata temu była ogłaszana jego wizyta na Open’erze zupełnie nie czułem magii młodego chłopaka z Anglii. Tym razem był jednym z głównym powodów, dla których pojawiłem się na Służewcu. Zupełnie się nie zawiodłem. Minimalistyczna muzyka prawie w całości grana na żywo, półmrok panujący na scenie i magnetyczny wokal to najważniejsze elementy pierwszej części koncertu. Powstała atmosfera mogła być dla niektórych nużąca. Dla nich skierowana była druga połowa, którą zwiastowało hitowe „Limit to your love”, po którym nastąpiły naprawdę tłuste bity. Dla mnie były dużym zaskoczeniem, na szczęście pozytywnym, bity zdecydowanie wyższej klasy niż poczciwy David Guetta. Dopiero w poniedziałek dowiedziałem się, że wolnych chwilach James para się „didżejowaniem” w angielskich klubach.


Relacja okazała się na tyle długą, że aby Was nie znużyć na dzisiaj już kończymy. Jutro czeka na Was kontrowersyjny Shaking The Habitual Show od The Knife, oraz ‘kurpiowskie wesołe miasteczko’ zaprezentowane przez M.I.A.



Zdjęcia: Rożynek
Wsparcie selekcji: Madusia

1 komentarz:

  1. Cieszę się, że ktoś napisał recenzję "od środka", bo trochę mi było przykro czytając opinie "znawców", że Selector był nudny, rozczarowujący itd. Jak dla mnie było fantastycznie. Poznałam polskie perełki, np xxanaxx, zagraqniczną perłę Archive (trochę wstyd, że nie słuchałam ich wcześniej) no i mój ukochany magiczny James.
    Zabieram się za czytanie recenzji drugiego dnia:)

    OdpowiedzUsuń